Wesprzyj fundację

Jak dopadł mnie rak.

Wszystko zaczęło się po powrocie z Ameryki Południowej. Mój tata zbierał tam materiały do doktoratu. Pojechałem razem z nim. Kiedy wróciliśmy, a ja bez powodu, zacząłem się przewracać myśleliśmy, że to malaria, albo jakaś inna choroba tropikalna. Przeszedłem serie badań i nic. Zacząłem gorzej widzieć, a każde, najmniejsze nawet obrócenie szyją wywoływało u mnie zawroty głowy, trafiłem więc do okulisty. To też okazało się złym tropem, tata zabrał mnie na ostry dyżur. I znów badania wzroku, laryngolog, neurolog… po badaniu tomografem zdiagnozowano u mnie guz w mózgu. Okazało się, że czeka mnie natychmiastowa operacja, bo w przeciwnym razie dojdzie do wodogłowia i śmierci. Miałem dziewiętnaście lat.

Mój tata w ekspresowym tempie zaczął szukać szpitala. Nowotwór okazał się niezwykle rzadkim przypadkiem, guz szyszynki stanowi zaledwie 1% wszystkich rodzajów raka mózgu i usunięcie go wiązało się z bardzo skomplikowaną operacją.

Guz był umiejscowiony tuż przed oczami, co znacznie utrudniało jego usunięcie. Operacja zamiast czterech trwała siedem godzin i niestety, choć lekarzom udało się wyciąć guz, w trakcie doszło do porażenia rdzenia kręgowego. Po wybudzeniu z dwudniowej śpiączki, lekarze mieli stwierdzić, że już nigdy nie będę mógł chodzić. Tylko tata nigdy w to nie uwierzył i nigdy nie usłyszałem od niego, że to niemożliwe. Cierpliwie i z zupełnym spokojem tłumaczył mi, że to normalne, że czucie w kończynach dolnych wraca na samym końcu.

Spędzał ze mną w szpitalu po 14 godzin, za każdym razem, kiedy lekarze wychodzili z pokoju On zabierał się do rehabilitacji. Masował, zginał, rozciągał moje nogi. Po pięciu dniach coś się ruszyło, a dokładnie moje palce. Poruszałem palcami u stóp! Nie mogłem uwierzyć, ale jedno spojrzenie na tatę wystarczyło, żebym wiedział, że damy radę!

Wszystko zawdzięczam Tacie.

Tata poświęcił mi dwa i pół roku żeby nauczyć mnie znów samodzielnie chodzić, biegać, skakać. W międzyczasie przeszedłem też serię naświetlań, żeby pozbyć się niedobitków – wszystkich komórek rakowych. Codziennie wsadzał mnie na rower stacjonarny i pomagał pedałować. Jednym z 12 powikłań pooperacyjnych i chyba najgorszym, okazała się spastyczność kończyn dolnych. To stan nadmiernego napięcia mięśni, związany z ich nieprawidłową reakcją na bodźce, który może przybierać różne postacie. W moim przypadku doszło do częściowego zaniku mięśni i gwałtownych skurczy. To sprawia, że kiedy na dłuższą chwilę siadam, nie mogę już wstać. No i ten potworny ból.

Tata dowiedział się, że jedną z metod rehabilitacji, oprócz hipoterapii i pływania może być też długotrwała jazda na rowerze. Wybraliśmy tę trzecią, bo jest najbardziej dostępna. Na rower mogę wsiąść o każdej porze, nie jestem ograniczony czasowo i co najważniejsze ćwicząc mogę się przemieszczać. W tej chwili na rowerze jeżdżę wszędzie, kółka trochę zastępują mi nogi. Trenuję codziennie, razem z tatą, pokonując coraz dalsze trasy. Dwa miesiące temu wyjechaliśmy z Poznania, dotarliśmy nad morze i przejechaliśmy całe wybrzeże. W Australii mamy pokonywać codziennie ok. 70 km, łącznie 10 000 km, po to żebym w końcu mógł zacząć normalnie chodzić.